PO CHIŃSKU DO ZDROWIA 

                                          Hobbystyczna strona informacyjna                                                         © O ile nie zaznaczono inaczej, wszystkie teksty na tej stronie www są mojego autorstwa i podlegają ochronie prawem autorskim. Projekt winiety: Maya Rostkowska

ZDROWIE W MOICH RĘKACH

Nie sztuka być zdrowym, silnym i zadowolonym, jeśli żyje się w szczęśliwym, wolnym od stresów społeczeństwie, przebywa pośród dziewiczej przyrody, oddycha krystalicznym powietrzem i pije czystą, żywą wodę. Trudniej zachować pełnię zdrowia, zarówno fizycznego jak i psychicznego, mieszkając i pracując w zatłoczonej aglomeracji miejskiej, w otoczeniu cywilizacji technicznej XXI wieku i w całkowitej zależności od wymagającego systemu społecznego, który dostarcza ludziom więcej stresu niż relaksu.

Nie ma innego wyjścia - trzeba wziąć zdrowie w swoje ręce.

Wokół nieustannie potwierdza się nieskuteczność leczenia metodami współczesnej medycyny, opartymi na farmakologii.  Aplikowanie pacjentom substancji chemicznych, obcych dla organizmu człowieka i często dla niego zabójczych, forsowane jest przez przemysł farmaceutyczny zwany Big Pharma (Wielka Farmacja). Już powszechnie wiadomo, że chodzi o zysk dla tego przemysłu a nie o nasze zdrowie. Lekarze leczą tak, jak muszą, jak jest „poprawne medycznie”, inaczej straciliby pracę. W drastycznych przypadkach lekarze wyłamujący się z oficjalnie obowiązującej konwencji czy wyrażający protest wobec jej szkodliwości dla zdrowia są szykanowani, a nawet wtrącani do więzienia (np. dr G. E.  Griffith, leczący skutecznie raka witaminą B17 z pestek moreli, czy Polak w USA dr Burzyński), a ich odkrycia w dziedzinie terapii naturalnych są zatajane przez całe dziesięciolecia (tak jak metoda leczenia polio witaminą C opracowana w 1948 r. przez dr Kellera). W Polsce obecnie trwa nagonka na lekarzy mongolskich i tybetańskich, cieszących się zaufaniem licznych pacjentów, którym skutecznie pomagają. Nieograniczona chęć zysku opanowała i tę, tak niegdyś etyczną, związaną przysięgą Hipokratesa, sferę medycyny. Dziś nadszedł czas, by - wbrew wszelkim przeszkodom - samodzielnie zadbać o zdrowie. Można to zrobić.

Przyczyny chorób tkwią przeważnie w naszym stresującym, niesprzyjającym zdrowiu i wyniszczającym organizm trybie życia. Jest on nieodłącznie związany z cywilizacją techniczną, przebywaniem w wielkich, przeludnionych miastach, w zanieczyszczonym chemicznie, biologicznie, a dziś już także radiologicznie i elektromagnetycznie środowisku naturalnym. Sami przyczyniamy się do powstawania chorób, przeznaczając zbyt wiele czasu na zajęcia niezdrowe (TV, gry komputerowe, wyniszczające organizm sporty wyczynowe, szkodliwe nałogi i tzw. „przyjemności”, m. in. kulinarne), a za mało na kojące obcowanie z przyrodą, z drugim człowiekiem, z prostym i zdrowym jedzeniem - naturalnym, bez chemii i inżynierii genetycznej (GMO), której dewastacyjne skutki dla zdrowia nauka już potwierdziła.
Najlepszym i najtańszym sposobem na utrzymanie zdrowia, a często wielką pomocą w procesie leczenia, jest właściwie zastosowany ruch i relaks, któremu towarzyszy naturalna, zdrowa dieta wegetariańska, wegańska, a najlepiej wegewitariańska. Do tego warto jeszcze dodać prozdrowotną filozofię życiową: umocnienie się w pozytywnych wartościach, dążenie ku dobru, wzbudzanie w sobie miłości do siebie i świata.

Na całym świecie od wielu lat zauważalnie rośnie tendencja do samoleczenia, a także do samouzdrawiania.

Najważniejsze jednak, iż coraz więcej ludzi uświadamia sobie na nowo to, o czym dobrze wiedziano w starożytności – że najskuteczniejsza jest profilaktyka, zdrowe życie, czyli niedopuszczanie do powstania choroby. Metody utrzymania dobrego zdrowia mogą być różne, a przykłady wypróbowanych i niezwykle skutecznych stanowią właśnie joga, medytacja, ajurweda, czikung, a także tradycyjna medycyna chińska.

JEM, ŻEBY ŻYĆ

Aby ciało człowieka utrzymać w zdrowiu potrzebne są tylko 4 rzeczy: czyste powietrze, czysta woda, światło słońca oraz właściwe pożywienie. Jako że cywilizacja techniczna coraz bardziej obniża nam jakość wszystkich tych podstawowych elementów składowych fizycznego dobrostanu, tym bardziej powinniśmy dokładać wszelkich starań, by dostarczać ich swemu ciału w jak najlepszej postaci i w jak najwłaściwszy sposób. Na powietrze i słońce nie mamy wpływu, żeby pozyskać zdrową wodę, trzeba się już dziś trochę natrudzić. Jeśli chodzi o pożywienie, jeszcze mamy spory wybór, co i jak wkładamy do ust.

Motto Sokratesa, cytowane przez Plutarcha w „Moraliach” i po wielekroć przytaczane w późniejszej literaturze klasycznej, brzmi: Edimus, ut vivamus, non vivimus ut edamus. Jemy, aby żyć, a nie żyjemy, aby jeść. Ta odwieczna prawda tkwi głęboko w naszej zbiorowej świadomości, ale czy na co dzień o niej pamiętamy? Niestety, nie wszyscy. Dlatego warto przypominać ją bez końca.

Ale dewiza JEM, ŻEBY ŻYĆ to nie tylko zdrowie fizyczne. Świadczy ona także o hierarchii wartości, jaką kierujemy się w życiu. Według „Wikicytatów”: „Jest to parafraza tekstu oryginalnego zapisanego w języku greckim. W dokładniejszym tłumaczeniu: Źli ludzie żyją, aby jeść i pić, natomiast dobrzy ludzie jedzą i piją, aby żyć”. Pozostawiam to do szczerej refleksji każdego, kto tu zajrzał.

Codzienne przyjmowanie pokarmu służy tylko i wyłącznie odżywieniu ciała. Powinno mu dostarczyć wszystkich niezbędnych substancji do przemian wewnątrzkomórkowych mających jeden cel: umożliwić naszemu ciału prawidłowe funkcjonowanie, odnawianie zużytych tkanek, niedopuszczenie do jakichkolwiek zaburzeń i nieprawidłowości. To, że tylko wtedy zechce w nim zagościć zdrowy duch, też niby wiemy od dziecka...

Im prościej, tym zdrowiej. Jako dziecko znałam pewną staruszkę, która jadła dzień w dzień przez cały rok na obiad wyłącznie „kwaśne mliko” z pyrami (była poznanianką) i dużą ilością koperku. Tylko to. Oczywiście, było to wówczas jeszcze prawdziwe mleko, prawdziwe ziemniaki i prawdziwy koperek. Cudowny smak jej obiadu pamiętam do dziś i nigdy nie zapomnę. Pani ta przeżyła prawie 100 lat w doskonałym zdrowiu ciała i umysłu. Prócz tego piła codziennie zaparzony dziurawiec, własnoręcznie zbierany i suszony. Dla kontrastu przywołam obraz znajomego smakosza z wielkim brzuchem, ciągłymi problemami z wątrobą i z radością życia.

Proste, naturalne, jak najmniej przetworzone jedzenie jest bardzo smaczne. Najsmaczniejsze. Niestety, większość ludzi obecnie ma smak wypaczony. Od dziecka byli indoktrynowani, że posiłki powinny być wyszukane, urozmaicone, wytworne, przetworzone na tysiąc sposobów. Wynieśliśmy na ołtarze tzw. kunszt kulinarny. Nawet wydawałoby się mądrzy i wyedukowani rodzice psują wciąż swoim dzieciom smak słodyczami. Pokolenie po pokoleniu, nie możemy się wyrwać z zaklętego kręgu sztucznie wytworzonej potrzeby dostarczania sztucznej przyjemności wynaturzonemu podniebieniu. Zamiast smaku jedzenia, mamy wyrafinowane smaczki, oddalające nas od natury i zdrowia. Do tego nasze odżywianie uchwycił w swoje macki nowoczesny przemysł spożywczy... ale o nim na razie zmilczę.

Naprawdę nie ma innego wyjścia - jeśli chcemy być zdrowi, musimy odzyskać swój wrodzony, naturalny smak, który powie nam, co jest dla nas dobre. A odzyskać go można tylko po odstawieniu wszystkiego, co nam nie służy. Co – wszyscy dobrze wiemy. Często jest to trudne, z powodu wieloletnich przyzwyczajeń i wpajanych nam nawyków kulinarnych.

Im mniej, tym zdrowiej. Pewien lekarz mawiał, że najzdrowsze jest to, czego nie zjemy. Naprawdę nie potrzeba nam aż tak dużo jedzenia, ile w siebie dzień w dzień pakujemy. Trzeba zmniejszyć porcje. Poczucie głodu bardzo często ma podłoże psychiczne. Jedzenie staje się substytutem niezaspokojonych potrzeb emocjonalnych. To nie jest „głód” lecz „apetyt”, a to dwie różne sprawy. Głód jest autentyczną potrzebą organizmu, apetyt to nienaturalne pożądanie pokarmu. Jeśli przestaniemy obsesyjnie zabiegać o to, by nasze jedzenie było „atrakcyjne”, okaże się, że będziemy jeść tylko wtedy, gdy naprawdę jesteśmy głodni. A wtedy odkryjemy prawdziwą przyjemność jedzenia, jego wymiar duchowy, wyrażający się w uczuciu niewysłowionej wdzięczności i radości z zaspokajania głodu. 

Nawet, gdy chcemy świadomie narzucić sobie pewną dyscyplinę, bardzo trudno jest ją zachować. Współczesne życie, nasza cywilizacja sprawiły, że jedzenie mamy cały czas w zasięgu wzroku i rąk. Kusi dzień i noc. Bardzo wielu ludzi je praktycznie bez przerwy przez całą dobę, co może jest dobre dla chomika, ale nie dla człowieka. Dla nas jest zabójcze. Zamiast podjadania między posiłkami spróbujmy napić się wody, bo tej przeważnie pijemy za mało. Spróbujmy jeść tylko do godziny 18.00, a potem dajmy żołądkowi czas na dokończenie pracy i odpoczynek do rana.

Im dłużej żujesz, tym zdrowiej żyjesz. Mieszanie bardzo rozdrobnionego pokarmu ze śliną już w jamie ustnej jest podstawą prawidłowego funkcjonowania dalszych odcinków układu pokarmowego. Ale nie tylko dlatego jest absolutnie konieczne. Wszystkie tradycje Wschodu mówią o tym, że pożywienie oprócz budulca, składników chemicznych i kalorii dostarcza nam także bezpośrednio bioenergii, energii witalnej, przez Hindusów zwanej praną, przez Chińczyków czi (qi). Aby ją skutecznie przyswoić, ważny jest sposób, w jaki to pożywienie zjadamy. Energia z pokarmu wyzwala się tylko podczas długiego i dokładnego żucia, a następnie w postaci szczególnego rodzaju ładunków elektrycznych jest wchłaniana w ustach, głównie przez język. Tak więc żucie pokarmu jest konieczne nie tylko po to, by zapoczątkować już w ustach proces trawienia przez ślinę, ale ma dużo głębsze znaczenie. Napełnia nasz zbiornik energii życiowej. Pokarm połknięty bez dokładnego „wyssania” z niego energii, to nie tylko marnotrawstwo, ale też obciążenie dla ustroju, stwarzające mu dodatkowe problemy. Nie powinno się połykać jedzenia, dopóki nie rozpływa się całkiem w ustach. Ta sama zasada dotyczy płynów, które należy trzymać w ustach dłuższy czas, a nawet „gryźć”, zanim się przełknie.

Im bardziej roślinna dieta, tym lepiej. Na ten temat jest bardzo wiele publikacji. Oficjalna nauka już dawno zweryfikowała swoje opinie i obecnie zaleca jako najzdrowszą dietę opartą o pokarmy roślinne, z ilościową przewagą surowych, nieprzetworzonych warzyw. Nie ma tutaj miejsca nawet na pobieżną analizę, warto jednak dużo czytać i dokonywać rozumnych wyborów, dopuszczając też do głosu instynkt, który dała nam natura.

Bez fanatyzmu i obsesyjnego kręcenia się w życiu dookoła garnka, warto choć trochę czasu poświęcić na powrót do prastarych nawyków żywieniowych, bo były o niebo lepsze niż te, które dominują dziś. Czego z całego serca wszystkim i sobie samej życzę. Do napisania tego artykułu zainspirowała mnie lektura małej książeczki Williama Walkera Atkinsona, napisanej pod pseudonimem Jogi Rama-Czaraka, pt. „Hatha joga”. Czytam ją od czasu do czasu po raz kolejny i za każdym razem odkrywam na nowo. Jest w niej wszystko, co potrzebujemy wiedzieć o tym, jak zdrowo żyć. Autor napisał ją w pierwszych latach ubiegłego wieku.

WODA

JAKĄ PIĆ WODĘ

W czasach, gdy zdobycie naprawdę czystej i krystalicznej wody jest już raczej niemożliwe, gdyż człowiek zdołał zanieczyścić i skazić całą planetę od bieguna do bieguna i od oceanicznych głębin po szczyty Himalajów, to bardzo trudne pytanie. Jednak wodę pić musimy, bo bez niej nie mogą żyć istoty cielesne, jakimi w tym świecie jesteśmy. Cała fizyczna przyroda potrzebuje do życia wody.

Jest jej na kuli ziemskiej pod dostatkiem, ale coraz trudniej pozyskać wodę nadającą się do picia. Stąd rozwój technologii uzdatniania wody i wydobywania jej z coraz głębszych pokładów ziemi, a także próby odsalania wody morskiej. W Polsce nie odczuwamy jeszcze braku wody pitnej tak dotkliwie jak w wielu innych rejonach świata, dlatego często zbyt mało ją szanujemy. Szanujmy wodę, bo bez zdrowej wody nie ma zdrowia. Nasz organizm ma duże zapotrzebowanie na wodę – łącznie około 2,5 l dziennie. A co mamy do dyspozycji? 

Woda z kranu. Ostatnimi czasy oficjalne media w całym kraju bardzo zachęcają do picia wody z kranu. Ponoć jest doskonałej jakości i można ją bezpiecznie spożywać. Ja bym była ostrożna. Większość wód wodociągowych pochodzi z ujęć rzecznych i innych naturalnych zbiorników wodnych. Jak widać na mapie stanu czystości wód w Polsce, przeważająca większość naszych naturalnych wód nie spełnia żadnych norm czystości. Oczywiście, woda z rzek jest oczyszczana i uzdatniana – a więc daleko jej już do czystej żywej wody, jaką powinniśmy pić, aby być zdrowymi. Może (choć nie musi) zawierać chlor, rdzę, ołów, związki organiczne i azotany. Te substancje z pewnością nam nie służą.

W Warszawie woda z Wisły nie jest już chlorowana lecz ozonowana. Chlor i ozon ulatniają się, gdy woda postoi w otwartym naczyniu. Ołów już nie. Metale ciężkie kumulują się na dnie koryta rzeki. Dlatego nie należy pić wody z kranu w okresie niskiego stanu wody, bo wtedy z kranu płynie dosłownie zupa ołowiowo-rtęciowa, ani podczas powodzi, gdy silny nurt wymywa metale ciężkie z dna. Rzek nieskażonych metalami ciężkimi raczej już nie mamy.

Woda wysyłana z miejskich filtrów jest określona jako zdatna do picia i spełniająca wszystkie normy, lecz zanim dotrze do naszego kranu, ulega zanieczyszczeniu w rurach, głównie w żelazo w postaci rdzy. W wielu miejscowościach istnieją jeszcze stare rury ołowiane. Są one stopniowo wymieniane i np. w Warszawie już ich nie ma. Wodę z kranu można dodatkowo filtrować w domu. Aby dobrać odpowiedni filtr, trzeba znać skład wody. Są różne typy filtrów, ale żaden z nich nie daje nam prawdziwej zdrowej wody. Mechaniczny oczyszcza ją tylko pozornie, przepuszczając związki chemiczne, a dodatkowo stanowiąc pożywkę dla drobnoustrojów; węglowy redukuje praktycznie tylko chlor, który już i tak wychodzi z użycia w uzdatnianiu wody miejskiej. Za najskuteczniejsze uważa się obecnie dość kosztowne filtry z odwróconą osmozą.

Do picia zdrowsza jest woda twarda, zawierająca magnez i wapń, a picie np. całkowicie oczyszczonej wody destylowanej mija się z celem -  nie posiada ona żadnych składników potrzebnych człowiekowi do życia. Nieprzegotowanej wody z kranu pić nie wolno, gdyż płynąc nigdy nie dezynfekowanymi rurami może ulec zakażeniu bakteryjnemu. Temperatura wrzenia zabija większość wirusów i bakterii. Wodę gotujemy jak najkrócej. Nadmierne jej odparowanie zwiększa stężenie ewentualnych szkodliwych substancji chemicznych.

Woda z ujęć głębinowych. Mamy sporo ujęć tzw. wody oligoceńskiej. Nie zawsze sięgają one rzeczywiście aż do pokładów oligoceńskich, do których woda dociera przez 90 lat, dzięki czemu jest pozbawiona zanieczyszczeń. Taka woda jest najlepsza. Aby nie uległa zanieczyszczeniu po drodze, rury i filtry trzeba często wymieniać. Można ją pić surową, ale tylko świeżą. Przechowywać nie więcej niż 3 dni, gdyż szybko namnażają się w niej drobnoustroje.

Woda ze studni. Ujęcia indywidualne bywają różnej głębokości, a woda z nich różnej jakości. Często również taka woda wymaga dziś filtrowania i uzdatniania, jednak woda studzienna z głębokich studni ma zdecydowanie lepszy smak niż „kranówka”. Wodę studzienną trzeba często badać. Jeśli spełnia normy czystości, można pić surową.

Woda źródlana. Prawdziwa woda źródlana jest wtedy, gdy czerpie się ją z czystego, naturalnego źródła. Występują one przeważnie w górach i ich woda w porównaniu z innymi rodzajami wód jest bardzo czysta, gdyż samoistnie się filtruje. Jest ujemnie zjonizowana i bogata w różne minerały, zależnie od skał, z których wypływa - magnez, wapń, potas. Pije się ją surową – podczas gotowania minerały te wytrącają się. Nie jest zdrowa woda o bardzo dużej zawartości NaCl. Mieszkańcy Wiednia mają wielkie szczęście, ponieważ ich wodociągi doprowadzają do kranów wodę prosto z alpejskich źródeł.

Woda butelkowana. Asortyment wody do nabycia w sklepach jest olbrzymi, ale obejmuje on zarówno autentyczne mineralne wody źródlane jak i zwykłą wodę ze studni. Naturalnie, lepiej byłoby przechowywać ją w szklanych opakowaniach, ale szkodliwość substancji przedostających się do wody z plastikowych butelek jest tak naprawdę znikoma. Większe znaczenie ma czas przechowywania. Woda źródlana jest żywa tylko przez kilka dni.

Podsumowując: woda pitna powinna być świeża, prosto z czystego, górskiego źródła. Rzadko mamy taką możliwość. Cóż więc robić? Najlepiej zmieniać - pić różne rodzaje wody, a wtedy nic nie odkłada się w organizmie w dużych ilościach.


WODA ŻYWA

Znamy dobrze skład chemiczny wody, jej właściwości fizyczne i biologiczne. Nauka wie tyle o wodzie, a jednak wciąż pozostaje ona wielką tajemnicą. Jako jedyna substancja na ziemi woda występuje w 3 stanach skupienia i wykazuje wiele anomalii, np. zwiększa objętość zamarzając, a zmniejsza topniejąc. Naukowcy nie potrafią jeszcze wyjaśnić wszystkich tajemnic wody, ale już się nimi zainteresowali. Czas najwyższy, przecież my sami w ponad 70 procentach właśnie z niej się składamy.
Jedno jest pewne: woda żyje i dopóki żyje, posiada w sobie życiodajną moc. Właściwość tę ma tylko woda w czystym środowisku naturalnym. Woda górskiego strumienia niesie w sobie odbicie otaczającej ją dziewiczej, czystej przyrody. Rejestruje wszelkie sygnały z zewnątrz. Zapamiętuje, nie zmieniając swego składu chemicznego. Tworzy struktury cząsteczek, tzw. klastery - coś w rodzaju płynnych kryształów, które widać w dużym powiększeniu, a także gdy zamarza i w płatkach śniegu. Żywa woda ma strukturę heksagonalną.

Struktury wody zmieniają się w reakcji na każdy bodziec, każdy wpływ środowiska zewnętrznego, jak wibracje gleby, pole elektromagnetyczne, fale dźwiękowe (np. muzyka), światło, kolor oraz... myśli i emocje ludzi. Tak samo jak wszystkie żywe istoty, woda reaguje na to, co dzieje się wokół niej lub z nią. Myśląc negatywnie psujemy swoją własną wodę, główny składnik naszego organizmu – trzy czwarte objętości nas samych. Niszczymy jej heksagonalną strukturę.

Nie jest to kwestia wiary. Nauka dowiodła już bez wątpienia, że wszystko, łącznie z nami samymi, jest jakąś formą energii, że tworzymy jedność z całym wszechświatem i oddziałujemy nań każdą swoją myślą. Cóż w tym zaskakującego, że wpływamy umysłem także na wodę. Jak odkryli uczeni rosyjscy w XX w., a ostatnio potwierdziły badania przeprowadzone przez Japończyka Masaru Emoto, woda posiada inteligencję i pamięć. 
Na czym polega różnica między wodą żywą a martwą? Dlaczego żyje, gdy płynie pośród natury, a umiera, gdy stoi lub zostaje zamknięta w rurach? Bo odcięliśmy wodę od przyrody, tak jak i samych siebie, gromadząc się w wielkich miastach. Płynąc rurami do kranów w naszych domach woda zmienia swą naturalną strukturę. Jej sześciokątne kryształy ulegają deformacji, tracą swą przepiękną symetrię. Ponadto po drodze woda jest narażona na dotkliwe stresy, gdyż zbiera i zapamiętuje wszystkie napotkane informacje i emocje. Ile jest w nich dobra i miłości? Tyle, ile tworzymy w naszym życiu i środowisku wokół nas. Jak dotąd, za mało, i pora zacząć to zmieniać.
Ludowe baśnie i starożytne mity opowiadają o cudownej wodzie żywej, zdobywanej jedynie przez największych śmiałków. Dziś taką wodę produkuje się w specjalnych jonizatorach dla celów leczniczych. Czysta woda ma ładunek obojętny. Metodą elektrolizy produkuje się tzw. „wodę żywą” - zjonizowaną ujemnie wodę alkaliczną, która działa leczniczo i regenerująco. Nie można jej pić stale, tylko w razie potrzeby. Taka woda jest antyoksydantem, ma charakter jin i odczyn zasadowy powyżej 7, a nawet do 9 ( pH krwi zdrowego człowieka wynosi 7,43). Dla porównania: woda rozmrożona ma ponad 8; jest oczyszczona, ale nie nabywa ujemnej jonizacji.

Tą samą metodą wytwarza się wodę kwaśną, o charakterze jang, która jest zwana „wodą martwą”, choć i ona ma swoje zastosowania, np. działa bakteriobójczo. Informacje, jak wykonać  urządzenie do produkowania wody zjonizowanej ujemnie i dodatnio oraz jak ją stosować, łatwo znaleźć w Internecie. Na rynku medycznym dostępne są gotowe elektrolizery. Oczywiście, do produkcji niezbędny jest prąd elektryczny.

A na co dzień? Woda z kranu jest martwa, to znaczy nie ma w niej już energii życia. Nie wiemy też, co na nią wpłynęło i czy było to pozytywne. Można przypuszczać, że raczej nie. Ale jest dobra wiadomość. Wodę można na powrót ożywić, przywrócić jej dobrą, zdrową strukturę, przywrócić energię. Są na to różne sposoby.

PRZYWRÓCIĆ WODZIE ŻYCIE

Woda oczyszcza się sama podczas zmiany stanu skupienia: gdy paruje i skrapla się oraz gdy zamarza i topnieje. Odrzuca wtedy informacyjne brudy i przywraca swoją podstawową strukturę. A więc można stosować destylację lub zamrażanie. Oba sposoby usuwają zabrudzenia chemiczne i informacyjne. Po rozmrożeniu wodę trzeba zużyć szybko. Najzdrowsza do picia byłaby świeża deszczówka, która właśnie jest wodą naturalnie destylowaną, gdyby nie to, że w dzisiejszej dobie jest ona zanieczyszczona i skażona do tego stopnia, iż bez oczyszczenia z toksyn nie kwalifikuje się nawet do celów gospodarczych.

Po destylacji woda, choć sterylnie czysta, jest pozbawiona składników mineralnych. Obecnie uważa się jednak, że o prawdziwej wartości wody nie decyduje jej skład mineralny, lecz struktura krystaliczna oraz potencjał energii życiowej. Nie wiadomo do końca, czy minerały nieorganiczne rozpuszczone w wodzie są dla człowieka w ogóle przyswajalne, a jeśli są, to czy nie są dla organizmu obciążeniem. Istnieje hipoteza, że zdrowo przyswajamy je dopiero za pośrednictwem roślin, a wysoko zmineralizowane wody należy pić w bardzo małych ilościach. Jednak nadal radzi się nam do destylowanej wody dodać odrobinkę soli – koniecznie kopalnianej, bo tylko ona jest jeszcze czysta. Sól morska prawdopodobnie już nie - ta może nawet być radioaktywna. 

Ciekawym sposobem ożywiania wody jest proste urządzenie zwane lejkiem wirowym do wody. Bazuje ono na tezie, że woda w naturze płynie ruchem spiralnym i tworzy liczne wiry, w ten sposób odbudowując swoją strukturę. Tu znajduje się instrukcja wykonania, niestety z plastikowych butelek. Może lepsze byłyby szklane. https://youtu.be/yA3CVmEA6vY

Można poprawić jakość wody dosłownie własnoręcznie i w świetle dzisiejszych odkryć w fizyce nie jest to już żadna bajka. Energetyzowanie, czyli nakładanie dłoni, to świadome zmienianie jej struktury krystalicznej na korzystniejszą, oddziałując na nią pozytywnym myśleniem i ładując energią wysyłaną z dłoni. To samo zadanie można powierzyć naturze, wystawiając wodę w szklanym naczyniu na działanie promieni słońca. Podobno słońce wie najlepiej, jak przywrócić wodzie życie.

Podobny transfer energoinformacyjny stanowi modlitwa.  Uczucie wdzięczności dla Boga za to, co otrzymaliśmy, zapisuje się w wodzie i poprawia jej strukturę. Dotyczy to każdej modlitwy pochodzącej z czystego serca, niezależnie od religii. Najpiękniejsze kryształy strukturalne wykształca woda w reakcji na miłość i wdzięczność. 

Do strukturyzowania wody stosuje się też magnetostymulację, czyli pulsujące pola elektromagnetyczne, Można wodę magnetyzować, stosując tzw. pręciki lub kubki magnetyczne.  Dostępne są specjalne płytki wytwarzające prawoskrętne pole wirowe. Działają też symbole graficzne emanujące dobrą energią – niektóre o starożytnych korzeniach, a także kryształy i kamienie, np. czarny krzemień, oraz uzdrawiające dźwięki

Próbujemy z wodą różnych sztuczek, aby ją rewitalizować. Dobre efekty daje oczyszczanie elektromagnetyczne i w tym kierunku idą obecnie badania. Osobiście najbardziej ufam mocy promieni słonecznych, jak również naszych własnych dłoni. Może powinniśmy do wody przemawiać i po prostu przekonać ją, że jest czysta i zdrowa. Skoro ma pamięć, powinna mieć i rozum, i na pewno jest mądrzejsza od ludzi.

Naturalną żywą, zdrową wodę mają już tylko nieliczni szczęściarze, którym los pozwolił żyć w czystym środowisku przyrodniczym i czerpać ją wprost stamtąd. Nie sposób tutaj nie wspomnieć, że coraz więcej ludzi na świecie cierpi niedostatek JAKIEJKOLWIEK wody. Dlatego myśląc o tym, jak poprawić jakość naszej codziennej wody, nie zapomnijmy o tym, by wspierać sercem i umysłem szacunek dla wody i dążyć do tego, aby świat zaczął się o nią troszczyć, zamiast jak dotąd – marnotrawić ją na różne sposoby.

A przede wszystkim – zacznijmy żyć tak, aby wody nie zabijać.


NIE JADAM ŚMIECI

Powiedzenie „Najzdrowsze jest to, czego nie zjesz” nabiera w naszych czasach coraz większego sensu. Nie chodzi już tylko o nieprzejadanie się, lecz o nieaplikowanie swemu organizmowi produktów bez wartości, zamulających i obciążających nasz system, i tak zewsząd podtruwany przez cywilizację techniczno-chemiczną. Kiedyś można było ufać sprzedawanemu pożywieniu. Dziś trzeba oglądać przez lupę jego skład i kupować świadomie. Tzw. technologia żywienia, z której niektórzy jeszcze - ale coraz rzadziej - bywają dumni, osiąga szczyty absurdu i szkodliwości dla zdrowia.
Im więcej dowiaduję się o toksycznych składnikach produktów przemysłu spożywczego, tym większa powierzchnia sklepów, a zwłaszcza supermarketów, staje się dla mnie bezużyteczna. Pokonuję te alejki sklepowe szybkim krokiem, zatrzymując się tylko tam, gdzie jeszcze uchowało się coś, co nadaje się do jedzenia – jest świeże, nieprzetworzone lub chociażby niemające w swoim składzie substancji, które nie tylko nie odżywiają ludzkiego organizmu, ale wręcz go rujnują.
W supermarketach bywam coraz rzadziej - po produkty niedostępne gdzie indziej lub zdecydowanie tańsze. Cena z konieczności też ma znaczenie. Czuję jednak, że coraz bliższy jest dzień, w którym całkiem przestanę zaglądać do tych przybytków masowego skarmiania ludności, i wszystkim radzę to samo. Wygoda robienia zakupów nie zastąpi nam zdrowia. Nawet żywność nieprzetworzona w dużych supermarketach jest często nieświeża, źle przechowywana, pochodząca z importu mimo, że te same produkty są dostępne w kraju. W tak wielkim molochu trudno zwalczyć szkodniki, np. mole spożywcze, które zdarza się nieraz przynieść z zakupami do domu. Również przewijające się przez hale sklepowe tłumy ludzi nie zawsze napełniają zgromadzone tam jedzenie dobrymi wibracjami.
Dlatego wolę kupować na bazarach, w małych sklepikach i na straganach ulicznych. Mogą tam być oczywiście produkty z tych samych hurtowni, ale przynajmniej są świeższe. Ideałem byłoby kupowanie żywności wprost od producentów i to jest możliwe, trzeba tylko naprawdę chcieć. W każdym mieście są miejsca, gdzie przyjeżdżają rolnicy i ogrodnicy z własnymi, świeżymi plonami. Że masz tam daleko? A do supermarketu masz blisko? Masz samochód? Wybierz się raz w miesiącu po zakupy do ogrodnika stosującego naturalne metody upraw. Pomyśl i spróbuj coś na trwałe zmienić w swoim sposobie pozyskiwania żywności.
Uważany za autentycznego słowiańskiego wieduna Rosjanin Trehlebov, reprezentujący nurt powrotu do prawdziwych korzeni naszej kultury, do cywilizacji miłości i pokoju, w poszanowaniu przyrody i jej praw, mówi wprost, że sami siebie zabijamy tym, co obecnie jemy. Ludzkość karmi się pożywieniem nieprzeznaczonym dla swojego gatunku, ponieważ fizjologicznie jesteśmy roślinożercami. W dodatku jemy coraz więcej substancji, które w takiej postaci w ogóle nie występują w naturze. Nasz organizm nie jest w stanie przyswoić sztucznego pożywienia. Dlatego chorujemy i szybko umieramy.
Jedzenie, aby służyło zdrowiu, musi być świeże, nieprzetworzone, a najlepiej surowe. To mit, że musimy prawie wszystko gotować. Na całym świecie liczba witarian, zwanych po polsku „surojadkami”, wciąż rośnie. Ludzie ci cieszą się kwitnącym zdrowiem oraz siłą witalną. W pożywieniu bowiem najistotniejsza jest zawarta w nim energia życiowa - indyjska prana, chińska qi (czi ), polinezyjska mana. Zachodnia cywilizacja o niej jakby zapomniała. Być może są to właśnie owe tajemnicze, jeszcze wcale nie poznane przez naukę enzymy, które giną podczas wszelkiej obróbki surowych darów Ziemi: termicznej, chemicznej, mechanicznej, a w ostatnich czasach także radiologicznej (żywność poddaje się napromieniowaniu, by się nie psuła) oraz manipulacji genetycznej (GMO). Są to wszystko wynaturzenia, które nas osłabiają i degenerują.
Jak ognia powinno się unikać:
(!) aspartamu i innych sztucznych słodzików. Są silnie rakotwórcze, a ostatnio okazało się, że najnowszy słodzik truvia (nomen omen!) skutecznie zabija muszki owocówki;
(!) margaryny – czyli utwardzonego oleju roślinnego, tzw. tłuszczu trans, który jest rakotwórczy i podejrzany o niszczenie komórek mózgowych;
(!) coca-coli i innych napojów gazowanych naszpikowanych chemią i cukrem. Coca-cola, napój silnie zakwaszający (pH 2,5), to w zasadzie napój dla nas toksyczny, zaś doskonale sprawdza się jako środek czyszczący;
(!) soków i napojów w kartonikach. Mają one bardzo długi termin przydatności dzięki zawartym w nich konserwantom i dużej zawartości cukru lub sztucznych słodzików. Często pleśnieją wewnątrz kartonika, czego nie widzimy, dopóki go nie rozerwiemy;
(!) czipsów i frytek. Zawierają bardzo toksyczną substancję – akrylamid - która może uszkodzić układ nerwowy, serce i wywołać raka, a wytwarza się podczas smażenia ziemniaków;
(!) kwasku cytrynowego (E-330), który zmienia układy chemiczne w mózgu, oraz większości szkodliwych dodatków chemicznych z listy E-... ;
(!) octu spirytusowego. Jest to roztwór żrącego kwasu octowego, podejrzany o zabijanie czerwonych ciałek krwi;
(!) białego cukru, białej (oczyszczonej) soli. Nie mają one żadnej wartości a szkodzą zdrowiu. Najwartościowszy składnik otrzymywany w procesie produkcji cukru – melasę, oddaje się zwierzętom, a biały cukier, w zasadzie odpad – zostaje dla ludzi. Sól powinna być spożywana w swej naturalnej postaci;
(!) niedojrzałych owoców. Mogą wywołać ciężką niestrawność, a niektóre bywają toksyczne. Do hurtowni, zwłaszcza z zagranicy, sprowadzane są przeważnie niedojrzałe, potraktowane konserwantami, żeby długo się nie psuły;
(!) wszystkich produktów zawierających organizmy genetycznie modyfikowane (GMO). Ich wysoka szkodliwość i rakotwórcze działanie zostało już potwierdzone doświadczalnie.
(!) współczesnej pszenicy. Odmiany pszenicy wyhodowane w laboratoriach i stosowane do masowej uprawy na całym świecie są szkodliwe. Powodują przede wszystkim dysfunkcje układu pokarmowego, a w następstwie wiele innych chorób, w tym alergii. Prawdopodobnie część światowych upraw pszenicy (zwłaszcza w USA) jest już genetycznie modyfikowana, o czym nikt konsumentów nie informuje.
Lista ta zapewne będzie się wydłużała, dopóki machina przemysłu spożywczego nie odczuje, że przestaje mieć zyski z tego, co produkuje. A przestanie je mieć wówczas, gdy ludzie masowo przestaną ich towar kupować. Gdy świadome zagrożeń społeczeństwo zacznie sobie samo produkować żywność. To my kształtujemy podaż na rynku naszymi codziennymi wyborami. Dlatego światowe koncerny tak nerwowo i wszelkimi środkami dążą do zmonopolizowania rynku żywnościowego i uniemożliwienia ludziom własnej
produkcji. Musimy o tym wiedzieć i ... robić swoje.

DŹWIĘK

UZDRAWIAJĄCE DŹWIĘKI

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało,
co się stało
(Jan 1,1-18). Tak mówi święta księga chrześcijaństwa. Słowo to pierwotnie dźwięk - pismo pojawiło się dużo później. Dźwięk to wibracja. A więc Bóg stworzył wszechświat wibracją.

W tradycji jeszcze starszej kultury wedyjskiej, do której zalicza się nasza rodzima kultura słowiańska, pierwotny dźwięk, czyli nasienie dla powstania wszechświata, brzmi Om lub Aum. Stanowi on pierwotną mantrę, transcendentalną wibrację, świętą sylabę w religiach Wschodu. W dźwięku tym zawarta jest cała harmonia, dobroć i miłość wszelkiej egzystencji, pełnej wdzięczności i uwielbienia dla wszechświata i jego Stwórcy. Skandowanie tego dźwięku przywraca wewnętrzną równowagę i dobrostan nam, żyjącym istotom, i naszemu otoczeniu. Przywraca pierwotną, Boską Wibrację.

Jest wiele mantr uzdrawiających ciało i ducha, w różnych tradycjach: hinduistycznej, buddyjskiej i wielu innych ścieżkach pozytywnego duchowego rozwoju. W rytuałach chrześcijańskich Om występuje w postaci dźwięku Amen. Ze świętymi dźwiękami spotykamy się w każdej religii na całym świecie. Mają one za zadanie wznosić człowieka na wyższe poziomy istnienia, na których zdrowe i lekkie ciało nie przeszkadza w postrzeganiu świata duchowego.

Wiele dźwięków posiada właściwości lecznicze. Ich pozytywne wibracje przywracają organizmowi stan homeostazy, czyli równowagę psychofizyczną, pozwalają ją utrzymać i cieszyć się pełną i szczęśliwą egzystencją. Mówiąc „dźwięk”, mamy na myśli takie wibracje, które są rejestrowane przez nasz zmysł słuchu. Są też i takie pozytywne wibracje, których nie słyszymy, jak np. rezonans Szumanna, zwany oddechem lub pulsem Ziemi, czy wibracje płynące do nas z kosmosu, zwane muzyką sfer. Naturalną muzyką jest również bicie serca - ludzkiego i innych żywych istot.

Muzyka istniała od zarania dziejów i była dla człowieka jak balsam. Wyrażała zachwyt i miłość dla świata dźwięków, jaki oferowała nam przyroda. Gdy człowiek zaczął tworzyć instrumenty muzyczne i wydobywać z nich dźwięki nowe, niekoniecznie spotykane w przyrodzie, były one z założenia miłe dla ucha. Zachowało się wiele instrumentów ludów pierwotnych, które dają temu świadectwo. Nazywamy je egzotycznymi i wykorzystujemy w celach leczniczych.

Muzykoterapia rozwinęła się dziś w ogromną dziedzinę na pograniczu psychologii i medycyny. Wypracowano liczne metody przywracania zdrowia, czyli równowagi fizycznej, umysłowej i emocjonalnej, z zastosowaniem muzyki czy też pojedynczych dźwięków instrumentów i ludzkiego głosu. Muzykoterapeuta to dziś zawód oficjalnie uznany na całym świecie. Mamy i u nas Polskie Stowarzyszenie Muzykoterapeutów.

Metoda leczenia dźwiękiem była znana i stosowana od tysiącleci. Kiedyś zajmowali się tym szamani. Obecnie na nowo odkrywamy lecznicze działanie dźwięków pochodzących z tak odległych kultur jak tybetańska, afrykańska czy aborygeńska. Wróciliśmy do leczenia muzyką, gdyż okazało się ono nadzwyczaj skuteczne jako terapia główna lub wspomagająca. Możliwości muzykoterapii są nieograniczone, a ich wyliczanie to temat na pracę doktorską. Wymienię tu jedynie kilka spośród dostępnych narzędzi pracy z uzdrawiającym dźwiękiem, które aktualnie cieszą się sporą popularnością.

Do łask wróciła muzyka etniczna z całego świata, z jej najrozmaitszymi instrumentami ludowymi, mniej lub bardziej dla nas egzotycznymi. Niezmiennie kochamy słuchać przepięknych dźwięków harfy. Ten cudowny instrument przynosi odpoczynek, harmonię i ukojenie. Podobnie działają dźwięki fletu, który ma wiele odmian, a każda z nich zdaje się brzmieć najpiękniej. Są dzwony rurowe, spopularyzowane w 2. połowie XX w. przez Mike’a Oldfielda, oraz terapeutyczne kamertony. Ostatnio uwielbiamy też gongi i misy tybetańskie.

Te oraz wiele, wiele innych wspaniałych instrumentów, plus liczne techniki pracy z głosem, dostarczają nam ogromną porcję zdrowia. Uzdrawiająca muzyka wzbudza w nas pozytywne emocje, a one z kolei dobroczynnie oddziałują na ciało. Uzyskujemy poczucie harmonii ze światem i innymi ludźmi. Czujemy się lepsi, mocniejsi i piękniejsi.


LECZNICZA MOC GONGÓW
W ramach kolejnej fazy odkrywania bogactw kultury orientalnej dotarła do Polski światowa moda na koncerty gongów. Potocznie, choć niezbyt trafnie zwane „tybetańskimi”, produkowane są już i na Zachodzie. Gong jest instrumentem muzycznym płytowym uderzanym, o okrągłym źródle dźwięku. Skład stopów metali rzadkich, brązu lub mosiądzu, z których jest wytwarzany od tysięcy lat, owiany jest tajemnicą. W okrągłą tarczę, zwykle zawieszoną na stojaku, uderza się pałką o miękkiej główce, wprowadzając ją w drgania. Powierzchnia tarczy jest nierówna, dźwięk zależy od miejsca i siły uderzenia, a także od średnicy gongu. Grubość i średnica decydują o wysokości brzmienia.
Gongi wywodzą się z Chin. Pierwsze zostały wykonane z meteorytów znalezionych w wiosce nad rzeką Jangcy. Istniejące tam dzisiaj duże miasto Wuhan, stolica prowincji Hubei, nadal słynie z produkcji tradycyjnych gongów chao gong. Gongi są ręcznie wyklepywane i w ten sposób dostrajane. Do Europy dotarły w XVIII w. Mają wiele różnych zastosowań. Mogą służyć do celów liturgicznych i rytualnych (sakralnych) w świątyniach, zwłaszcza buddyjskich, do relaksacji i medytacji, jako instrument w muzyce symfonicznej i współczesnej. Ostatnio coraz częściej wykorzystuje się je do terapii dźwiękiem.

W Chinach produkowane są gongi typu tam-tam, z zaokrąglonym brzegiem i ciemnym punktem w środku, oraz gongi wietrzne – płaskie i z reguły cienkie. Gongi są również produkowane w Indiach, na Bali i wielu innych miejscach, także w Tybecie, choć w mniejszym zakresie – tam królują misy tybetańskie. Ciekawostkę stanowią gongi planetarne, dostrojone do częstotliwości planet.

Każdy gong ma wyraźnie słyszalne centrum tonalne. Oprócz zasadniczych dźwięków dobywa się zeń cała masa wielotonów nieharmonicznych, które tworzą się dzięki nierównej powierzchni gongu. Pobudzenie go do wibracji w kilku miejscach sprawia, że słyszymy jednocześnie dźwięki o różnych częstotliwościach, między którymi są małe różnice. Przy różnicy poniżej 13 herców wytwarza się tzw. dźwiękowe dudnienie różnicowe, niesłyszalne uchem, lecz odczuwane fizycznie jako fala akustyczna. Jeżeli są w ciele napięcia mięśniowe, te subtelne, delikatne wibracje docierają słabo lub nie docierają wcale do komórek ciała. Gdy mięśnie mamy rozluźnione, wchodzą one w rezonans z komórkami i narządami wibrującymi z tą samą częstotliwością, np. 4 Hz,  i sprawiają, że bardzo dobrze się czujemy.

Poprzez to samo spektrum częstotliwości (od 13 Hz w dół) gongi stymulują również pracę mózgu na poziomie fal alfa, theta i delta. W czasie koncertu-sesji relaksacyjnej następuje zjawisko wodzenia czynnościowych rytmów mózgu, który dostraja się do częstotliwości gongu, wprowadzając się w stan zbliżony do medytacji. W efekcie poprawia to pracę umysłu oraz synchronizuje półkule mózgowe.

Prowadzeniem terapii dźwiękiem powinni się zajmować wykształceni muzycy, posiadający odpowiednią wiedzę o niuansach i prawach muzycznych, choć liczy się również talent, intuicja i uduchowienie artysty. Grając na gongu po amatorsku, niewłaściwie, np. zbyt głośno, można wytwarzać tylko szkodliwe decybele. Na gongach powinno się grać cicho, produkując maksimum 60 decybeli. Niektórzy „mistrzowie” gongu przekraczają nawet 120 decybeli. Tak głośne dźwięki mogą się niektórym podobać, lecz nie mają one terapeutycznego działania, a nawet szkodzą i osłabiają słuch.

Gong nie może być przypadkowy, musi być starannie dobrany, również do wielkości pomieszczenia. Wcale niekoniecznie im większy gong, tym lepszy. Istotne są jego cechy, wybrzmienie i  charakterystyka jego wielotonów nieharmonicznych. Dwa gongi używane razem muszą być ze sobą zestrojone, najlepiej w kwincie – dopiero wówczas dają maksymalne możliwości. Bardzo dobrym połączeniem jest zestawienie gongu tam-tam z gongiem wietrznym zestrojonych w kwincie. Interwał kwinta, pozwalający na uzyskanie odmiennego stanu świadomości (czyli alfa, theta, delta) był stosowany w starożytnych cywilizacjach do kontaktowania się z Najwyższym Bytem, czyli w różnych religiach różnie nazywanym Bogiem.

Polskę odwiedzają światowi wirtuozi gry na gongu. Koncerty gongów odbywają się m.in. w warszawskim Muzeum Azji i Pacyfiku i wielu innych miejscach, także w innych miastach. Często gong towarzyszy sesjom jogi kundalini. Mamy też własnych, rodzimych mistrzów.

KAMERTONY - MUZYKOTERAPIA DOGŁĘBNA KOMÓRKOWA

Dobre dźwięki leczą. Przywracają harmonię ciała, umysłu i ducha, a więc działają holistycznie. Pośród wielu technik oddziaływania dźwiękiem na zdrowie człowieka, w nowoczesnym świecie coraz bardziej doceniane i stosowane są kamertony.

Fale dźwiękowe kamertonów leczą około 250 różnych dolegliwości. Także nowotwory. Nie powodują żadnych skutków ubocznych. Działają bezpośrednio na poziomie komórkowym, bez pośrednictwa analitycznego umysłu, zgodnie z prawami natury. Wyciszają, uspokajają umysł, łagodzą ból. Relaksują i nasycają uczuciem optymizmu. Oczyszczają i mobilizują organizm. Wprowadzają w stan ogólnej równowagi i harmonii. Tak działa czysta, naturalna, nieprzetworzona wibracja, pochodząca bezpośrednio z instrumentu na żywo.

Dźwięk działa na wszystkie trzy sfery jednocześnie. Fala dźwiękowa uzdrawia komórki – regeneruje je, wzmacnia i poprawia ich funkcje. Zaś komórki zwyrodniałe niszczy, kruszy, powoduje ich rozpadanie. Potwierdziły to badania naukowe. Komórki takie (np. rakowe) nie potrafią się dostroić do szybkich zmian drgań i pękają. Dzięki temu odkryciu stworzono specjalną technikę leczenia chorób nowotworowych kamertonami.

Kamerton, inaczej diapazon, wynaleziono w XVIII w. Będąc jednotonowym instrumentem muzycznym, służył do strojenia innych instrumentów. Powszechnie obowiązujący typ - A 440 Hz, czyli tzw. strój wiedeński, został zatwierdzony jako standard dźwięku strojowego w 1939 r. Jednak kamerton może być również nastrojony inaczej. Powstały zatem kamertony wydające różne fale dźwiękowe, w różnych skalach, które znalazły zastosowanie do celów leczniczych jako kamertony terapeutyczne.

Badania nad dźwiękiem przeprowadzane w USA i Francji potwierdziły, iż poszczególne narządy wewnętrzne oraz kanały przewodzące energię i centra energetyczne w ciele funkcjonują prawidłowo na określonych częstotliwościach drgań. Wystarczy je wprawić w takie właśnie częstotliwości, czyli dostroić, aby zapewnić ich zdrowie. Można tego dokonać kamertonami o właściwych dla danego narządu częstotliwościach dźwięku.

Opierając się na tych badaniach, polska artystka i muzykolog dr Barbara Romanowska opracowała autorską metodę leczenia kamertonami, zwaną Muzykoterapią Dogłębną Komórkową (MDK). Skala opracowana przez nią wzoruje się na skali pitagorejskiej i kwincie czystej C-G, gdzie A=426,7 Hz. W najnowszych zestawach harmonicznych 426,7 Hz zostało zamienione na 432 Hz, aby strój był jeszcze lepiej dopasowany do potrzeb ludzkiego organizmu.

Dr Romanowska jest znana i ceniona w Polsce i zagranicą jako artystka i terapeutka dźwiękiem. Założona przez nią Akademia Dźwięku prowadzi szeroką działalność profilaktyczną i leczniczą oraz szkoleniową. W swojej terapii dźwiękiem wykorzystuje również zdobycze wiedzy starożytnej, głównie Tradycyjnej Medycyny Chińskiej. Z zasadami MDK można się zapoznać w trzech książkach autorstwa Barbary Romanowskiej, a także na stronie internetowej Akademii Dźwięku: http://www.akademiadzwieku.com/

Barbara Romanowska wyjechała do USA, a w Polsce ustanowiła współpracę z dwoma ośrodkami, które zajmują się kontynuacją organizacji kursów tej metody. Jednym jest ośrodek Salvate w Krakowie a drugim Naturalne Centrum Zdrowia przy ul. Grażyny 15 w Warszawie. Główny asystent dr Romanowskiej, muzykoterapeuta Mariusz Jarymowicz z Naturalnego Centrum Zdrowia, należy do zaangażowanych propagatorów i pasjonatów zarówno tej metody, jak i profilaktyczno-leczniczego wykorzystania dźwięku w ogóle. Oprócz samych kamertonów wykorzystuje gongi, misy tybetańskie i inne pierwotne instrumenty wytwarzające wibracje zdrowia. 

W ZGODZIE Z PORAMI ROKU 

Według Tradycyjnej Medycyny Chińskiej każda pora roku wymaga nieco innego stylu życia, odżywiania i szczególnej dbałości o związane z tą porą narządy wewnętrzne. Przedstawił to pokrótce dr Zhang Zhonglin w swoim cyklu wykładów w Muzeum Azji i Pacyfiku w 2015 i 2016 r.
Tu można przeczytać relacje z tych wykładów:
DOBRE ZDROWIE JESIENIĄ   
DOBRE ZDROWIE ZIMĄ
DOBRE ZDROWIE WIOSNĄ 
DOBRE ZDROWIE LATEM
 


       ROK NA TALERZU

                    Fragment mojej książki       
      "Pokochaj wegetarianizm" (KDC, 2010)

Wraz z porami roku zmienia się nieco asortyment produktów stanowiących nasze tworzywo do kreowania dzieł sztuki kulinarnej. Chociaż większość warzyw i owoców jest dostępnych praktycznie przez cały rok, to naprawdę świeże i wartościowe są tylko w sezonie, gdy rosną i plonują na świeżym powietrzu, czerpiąc energię bezpośrednio od Matki Ziemi i Ojca Słońca. Już samo to powinno nam narzucać pewną cykliczność jedzenia poszczególnych produktów spożywczych.

Ale jednocześnie warunki zewnętrzne środowiska, w którym żyjemy, ulegają cyklicznym zmianom. W naszym klimacie występowały dawniej wyraźne cztery pory roku: najzimniejsza, najcieplejsza i dwie przejściowe. Obecnie nie zawsze są one aż tak wyraźne, w związku dużymi anomaliami pogodowymi, ale tradycyjnie mamy zakodowane: wiosna, lato, jesień zima. Mamy zimowe i letnie ubrania, a na co dzień ubieramy się stosownie do pogody. To samo powinniśmy stosować w żywieniu. Inne jest zapotrzebowanie pokarmowe organizmu w upał, inne w chłód. Trzeba to również brać pod uwagę, a choć nastał już XXI wiek, nie każdy jeszcze ma tę świadomość. Są zestawy produktów, potraw, sposobów gotowania korzystne w zimie albo w lecie. A na co dzień odżywiajmy się po prostu adekwatnie do pogody i jak ją sami odczuwamy (bo nie każdy odczuwa jednakowo tę samą pogodę).

Wśród pokarmów są takie, które rozgrzewają i które chłodzą. Także sposób przyrządzania potrawy może wpłynąć na te właściwości. Chińczycy posiadają system klasyfikowania produktów i gotowych posiłków na jin (chłodzące) i jang (rozgrzewające), a dodatkowo uwzględniają jeszcze wpływ pięciu żywiołów w tzw. kuchni pięciu przemian. Hindusi dzielą pożywienie na satwiczne, radżasowe i tamasowe. Nie będę tu opisywała pięciu przemian ani filozofii chińskiej czy indyjskiej – sygnalizuję tylko bardzo ciekawą dziedzinę i możliwość jeszcze bardziej wnikliwego, wręcz medycznego podejścia do każdej potrawy. Jest na ten temat ogromnie dużo publikacji. Warto zainteresować się dietą według pięciu przemian lub ajurwedyjską. Uwzględniają one nie tylko wpływ warunków zewnętrznych, ale także odmienną konstytucją każdego człowieka.

Ogólnie ujmując, chodzi nam o to, żeby w 40-stopniowy upał nie katować kiszek gorącym krupnikiem, a w trzaskający mróz nie brać ze sobą na wycieczkę wyjętego z lodówki jogurtu. W porze zimnej potrzeba nam więcej tłuszczu i  produktów rozgrzewających, w porze ciepłej więcej wody i potraw wychładzających.

O naturze produktu decyduje między innymi jego barwa – im cieplejsza, tym bardziej rozgrzewający (jang), im zimniejszy kolor, tym zimniejsza (jin) natura produktu. Ale nie tylko kolor, także ilość zawartego w nim światła – im ciemniejszy, tym bardziej jin, konsystencja (im bardziej wodnisty, tym bardziej jin) i stopień obróbki termicznej (im większa, tym więcej rozgrzewającej energii w potrawie). Na przykład czarna herbata jest rozgrzewająca, z zielona przeciwnie, nawet gorąca chłodzi. Tak samo mięta.. Temperatura też oczywiście odgrywa rolę. A więc działanie rozgrzewające lub chłodzące jest wynikiem połączenia wielu różnych cech w produkcie. Ponadto jest to sprawa względna w stosunku do innych składników posiłku, otoczenia i samego jedzącego. Dlatego znając podstawowe zasady, w kwestii decydowania jak co działa należy kierować się w dużym stopniu intuicją, dobierając rodzaje, kolory produktów i tworząc gamę kolorystyczną posiłku.

Przyjrzyjmy się nieco dokładniej kolejnym porom roku.

WIOSNA

Po zimie zwykle czujemy się trochę zmęczeni, przedwiośnie kojarzy nam się z osłabieniem i spadkiem sił witalnych. Czekamy z utęsknieniem, aż przyroda obudzi się na nowo do życia i w nas także ruszą soki. Potrzebujemy wtedy pokarmów energetyzujących, wzmacniających. Czasem nawet lekarz przepisuje coś na wzmocnienie. Swego czasu była na przykład moda na biostyminę. Teraz mamy całą galerię suplementów na okoliczność wiosennego zmęczenia, które mają postawić nas na nogi. Najlepiej jednak wtedy jeść w jak największych ilościach świeże kiełki i wyhodowaną na parapecie zieleninę. Nowalijki też, bo cieszą oczy, choć mają one różną wartość i nie liczmy tylko na nie. Poza tym dużo kiszonek. Są jeszcze wtedy w sklepach całkiem smaczne: kiszona kapusta, ogórki. Gotujmy potrawy lekkie, najlepiej na parze – warzywa już  i tak przez zimę straciły sporo wartości odżywczych, więc niech nie tracą jeszcze i w garnku.

Wiosna nie przychodzi z dnia na dzień. Zdarza się jeszcze dużo chłodnych dni, bywają nawroty zimy, więc nie odchodźmy całkiem od gotowania rozgrzewającej zupy, jedzmy jeszcze sporo tłuszczu. Wiosną jemy coraz mniej kaszy, pozostając jeszcze przy ryżu i makaronie. Pod koniec wiosny zaczną się pojawiać pierwsze wytęsknione młode ziemniaki.

Gdy robi się cieplej, częściej zamiast gotować po prostu robimy sałatkę z coraz tańszych surowych warzyw dawniej zwanych nowalijkami. Obecnie mamy je przez cały rok, ale pochodzą ze szklarni. Całkiem na surówki i sałatki przejdziemy latem, gdy zaczną się plony warzyw gruntowych. W cieplejsze dni dodajemy więcej wychładzającego ogórka świeżego, a w chłodniejsze – marchewkę, pomidor, kolorową paprykę i ostre przyprawy. Zawsze dużo warzyw liściowych, trochę kapustnych. Wrzucamy do sałatki co tam lubimy i jeszcze sporo oleju. W kwietniu/maju zależnie od pogody mamy już mnóstwo zieleniny w ogródku, na łące, czy nawet na balkonie. Korzystajmy z niej: z liści mniszka lekarskiego (dopóki nie zakwitnie), młodej pokrzywy, krwawnika i innych ziół, jeśli je dobrze znamy. Niektórzy nawet jedzą młody perz, który wspaniale oczyszcza i regeneruje organizm. Do herbaty aż chce się dodawać coraz częściej świeże listki mięty i melisy. Obie rośliny mają działanie chłodzące i regulujące. W ciepłe dni pijemy więcej chłodnych napojów, a mniej gorących ziół czy herbat.

LATO

Przychodzi czasem z dnia na dzień, zmuszając nas do błyskawicznej adaptacji organizmu. Latem musimy się bardziej wychładzać (chyba, że jest ono zimne), jeść więcej pokarmów typu jin: warzyw liściastych, zieleniny, nabiału, soczystych owoców. Każdy chyba uwielbia w lecie gasić pragnienie arbuzem.

W sezonie letnim mamy dużo świeżych warzyw korzeniowych – pietruszki, marchewki, buraków, selera. Teraz właśnie zjedzmy tego ile się tylko da na surowo. Do gotowanych potraw (w chłodniejsze dni) można dodać na samym końcu jak najwięcej ich naci, zwłaszcza, gdy pochodzi z własnej uprawy lub innego znanego nam źródła. Doskonała nawet w ciepły dzień jest gotowana młoda kukurydza. Potem dochodzi dynia. Przez całe lato w naszej kuchni królują ziemniaki. Kasze i makarony poszły na razie w odstawkę, czasem przypomnimy sobie o ryżu (zwłaszcza na zimno z owocami). Dalej gotujemy lekko – jak najkrócej, najlepiej na parze. Unikamy smażenia, gdyż w lecie potrzeba nam mniej tłuszczu.

Warto jeść dużo świeżych ogórków, zwłaszcza, że są już gruntowe, wyhodowane na słońcu, najbardziej wartościowe energetycznie, a jednocześnie działają chłodząco i gaszą pragnienie. Polecam wymyślanie różnych mizerii z dodatkiem świeżych ziół, jogurtu, miodu, lub na ostro. Ogórka najlepiej nie mieszać z innymi warzywami, ale dla urozmaicenia można dodać odrobinę tartej marchewki, selera, pietruszki czy jabłka. Nic nie pobije ogórka jako warzywa do zabrania na wycieczkę za miasto. Dobrze umyty można (a nawet warto) jeść ze skórką, ale zawsze najpierw spróbować małą ilość, jak nasz żołądek reaguje.

Zieleni mamy aż nadmiar, więc suszymy ją na zimę: koperek, natkę pietruszki i selera, wyhodowaną w doniczce bazylię i inne zioła. 

Przez całe lato mamy bogaty kalejdoskop owoców sezonowych. Korzystajmy z nich. Nie przegapmy tej corocznej okazji, by złapać trochę zdrowia. Lato to cudowna pora, by choć spróbować jakiejś monodiety owocowej, nawet przez jeden czy dwa dni jedząc tylko owoce danego gatunku (ale tylko osoby ogólnie zdrowe, wszelkie głodówki lecznicze muszą się odbywać pod nadzorem lekarza). Najpierw w maju rzucamy się na truskawki, potem inne jagodowe, a potem dojrzewają kolejne: arbuzy, brzoskwinie, zaczynają się śliwki w różnych odmianach, wreszcie nowe jabłka, gruszki, no i powoli zaczynamy myśleć o jesieni. Przez całe lato mamy też inne owoce: importowane cytrusy, banany, i wiele innych. Czasem aż trudno się zdecydować, na co mamy ochotę, bo najchętniej na wszystko.

Letnie napoje to przede wszystkim dużo wody (może być z cytryną), napar z mięty oraz świeże soki owocowe i warzywne rozcieńczone wodą. Ambitniejsze kucharki niech poproszą swoje mamy lub babcie o przepis na podpiwek. Uprzedzam, musi być rozlany do szklanych butelek z bardzo mocnym zamknięciem (najlepiej staromodne butelki od piwa).

Dla tych, którzy jedzą nabiał, to sezon na białe szaleństwo z lodówki: jogurty, maślanki, kefiry, zsiadłe mleko, koktajle.

Najlepszą zupą w lecie jest chłodnik (można nawet kupić w sklepie gotowy). Nie chce nam się jeść gorących śniadań, więc zalewamy jakieś gotowe płatki zimnym płynem (mlekiem sojowym ryżowym, zwykłym).

Przynajmniej raz dziennie trzeba jednak zjeść coś ciepłego.

JESIEŃ

Zakrada się nie wiadomo kiedy. Jeszcze jest ciepło, potrafi być nawet upalnie, a my jesteśmy pełni energii i siły witalnej. Dalej jednak gromadzimy jej zapas na zimę, ładujemy akumulatory jedząc dużo owoców, i świeżych warzyw, pijąc soki. Oprócz nadal plonujących śliwek czy jabłek, stragany zaczynają się uginać od kiści zielonych i purpurowych winogron. W sałatkach warzywnych główną rolę grają teraz pomidory. Powoli przypominamy sobie jednak o gotowaniu warzyw. Jest już bogaty wybór kapustnych i dyniowatych, świeżych strączkowych (działają rozgrzewająco). Powoli zwiększamy ilość produktów o naturze jang: np. orzechów i tłuszczów roślinnych. W chłodniejszy deszczowy dzień gotujemy pożywną zupę, potrawkę do makaronu czy kopytek. Propozycja jesiennej rozgrzewającej zupy barszczo-dal znajduje się w opisie soczewicy.

Zaczyna się tegoroczna kiszona kapusta, ogórki, jest  jeszcze pod dostatkiem zieleniny, więc dalej suszymy jej nadwyżki. 

W miarę ochładzania się pogody, zaczniemy coraz częściej sięgać po produkty zbożowe: gotować na śniadanie płatki i kasze, a na obiad rozgrzewające sosy z warzywami. Stawiamy ostre przyprawy w bardziej widocznym miejscu. Oto przykłady jesiennych zestawów potrawek warzywnych:

- dynia, liść kapusty + sól, majeranek (dusić na woku lub patelni); dodać sos słodko-kwaśny (gotowy), potem pokrojone tofu i ząbek czosnku. Wsypać zieleninę.

- cukinia (ćwiartki talarków), papryka, marchew (talarki), radiccio lub kapusta, cebula, czosnek + oregano, bazylia, kurkuma, pieprz, przecier pomidorowy.

Na jesieni bardzo smakuje tradycyjny polski napój - kwas chlebowy. Został wynaleziony w X wieku przez Słowian i znała go cała średniowieczna Europa. Otrzymywany jest z chleba przez fermentację z dodatkiem cukru lub owoców i drożdży. Dobrze gasi pragnienie. Czasem można dostać gotowy w sklepie.

ZIMA

Ocieplamy domy, uszczelniamy okna, zakładamy swetry i jemy gorące potrawy. Dużo rozgrzewających (chyba że nie ma zimy). Jemy warzywa korzeniowe, strączkowe i kapustne, kasze i inne produkty zbożowe na ciepło, dodajemy więcej tłuszczu i nieco więcej solimy. Dodajemy więcej rozgrzewających przypraw: czili, cayenne, cynamonu, imbiru i innych. Częściej gotujemy zupy polecam np. wegepuśniak  lub zimowy krupnik z soczewicą. Przez całą zimę i wczesną wiosną jemy często zawiesiste zupy warzywne, suto okraszone tłuszczem (olejem, śmietaną).

Organizm potrzebuje warzyw i owoców przez cały rok. W naszym klimacie większość owoców plonuje sezonowo i z wyjątkiem jabłek, które długo się przechowują, nie mamy ich świeżych przez większą część roku. Częściowo rozwiązuje sprawę import z krajów o cieplejszym klimacie oraz uprawy cieplarniane. Jednak w szklarni czy pod folią roślina nie ma naturalnych warunków do wzrostu. Jest sztucznie doświetlana, dogrzewana i opryskiwana środkami chemicznymi. To wszystko powoduje, że jej wartości odżywcze są bardzo niskie. Nie dorównują wartości roślin wyhodowanych w naturalnych warunkach – na świeżym powietrzu, w czystej, naturalnej glebie. Brakuje im energii życiowej pobieranej przez rośliny od słońca. Czasem nawet mogą spowodować zatrucie.

Zamiast wydawać dużo pieniędzy na zimowe nowalijki czy produkty sprowadzane z zagranicy, warto w zimie jeść więcej rodzimych warzyw i owoców, które w taki czy inny sposób przechowują się przez całą zimę – niektóre w stanie świeżym (warzywa korzeniowe, cebula, por, jabłka, kapusta, brukselka), niektóre w postaci kiszonek (ogórki, kapusta, dynia i inne), bądź suszone. Suszenie jest tradycyjnym sposobem przechowywania warzyw i owoców, dziś przeżywającym renesans. Po namoczeniu w wodzie nabierają one na powrót życia i wartości. Warzywa suszone mogą się przydać, gdy akurat zabraknie nam świeżej pietruszki czy selera do zupy.

Suszone owoce mają ciekawy, „zimowy” smak, kojarzą się ze świętami. Najpopularniejsze są suszone śliwki, rodzynki i morele, a ostatnio żurawiny, ale można dostać i wiele innych suszonych produktów. Najlepiej, gdyby były suszone w sposób naturalny, nie przemysłowo, bez dodatków środków konserwujących i poprawiających wygląd. No cóż, o tym chyba można już tylko pomarzyć. Kto ma ogród czy  sad, może spróbować zasuszyć trochę owoców i warzyw na zimę. Są wspaniałym dodatkiem aromatyzującym do potraw, napojów, surówek i sałatek owocowych. Woda, w której się moczyły, jest bardzo wartościowa. Warto ją wypić lub dodać do potraw. Suszonymi daktylami, figami, rodzynkami czy morelami można z powodzeniem zastąpić słodycze. Owoce te mają większą zawartość cukru niż czekolada i jest to cukier zdrowy. Wspaniale byłoby przyzwyczajać dzieci, żeby jadły słodkie suszone owoce zamiast słodyczy – np. w przedszkolu wystawić talerz suszonych moreli a nie cukierków.

Czy kupować w zimie mrożonki ? Wprawdzie owoce i warzywa zamrożone tuż po zerwaniu tracą niewiele witamin i zachowują składniki mineralne, ale i tak przeważnie je potem gotujemy, a już samo zamrożenie zmienia strukturę komórkową produktów i pozbawia je energii witalnej. Choć łatwo przyswajalne, bo część cukrów złożonych na skutek niskiej temperatury rozkłada się na cukry proste, w zasadzie są one bezwartościowe jako pokarm. Można je stosować tylko awaryjnie, nie stale.

W zimie nieco częściej jadamy gorące zapiekanki z chleba pita lub wegetariańskie pizze z warzywami, pieczarkami, cebulą krojoną w talarki, przecierem pomidorowym i ewentualnie jakimś serem, jeśli znajdziemy niepodpuszczkowy, a do tego sypiemy oregano, kurkumę, czili, sól lub inne ulubione przyprawy. Robimy także zapiekanki z makaronem, ryżem, kaszami.

Przez całą zimę siejemy rzeżuchę na wacie lub ligninie i posypujemy nią co tylko się da. 1 łyżka zielonej rzeżuchy dziennie skutecznie chroni przed przeziębieniem. W trosce o odporność na wirusy dostarczamy organizmowi dużo witaminy C w postaci soku z cytryny oraz jedząc owoce cytrusowe. Nie zapominamy o surówkach, które powinny towarzyszyć naszym posiłkom przynajmniej raz dziennie. Mogą to być proste surówki 2-3 składnikowe, bo w zimie mamy mniejszy wybór naprawdę świeżych warzyw. Dodajemy do nich dużo soku z cytryny (witamina  C)  i oleju sałatkowego (kalorie do ogrzania ciała).

Jemy ciepłe śniadania, pijemy dużo ciepłych napojów. Ciepłe to nie znaczy parzące, choć niektórzy właśnie takie lubią, mimo iż nie są zdrowe dla żołądka. Trzeba wszak uczciwie przyznać, że herbata z cytryną i miodem (lub cukrem), jeśli ma rozgrzać lub odpędzić chandrę, musi być naprawdę gorąca.

Inne zimowe napoje:

- indyjski czaj (herbata czarna parzona lub jeszcze lepiej, gotowana z przyprawami, takimi jak goździki, cynamon, imbir, kardamon), z mlekiem krowim lub sojowym, słodzona miodem lub cukrem trzcinowym. 

- gorący napój imbirowy (wrzącą wodą zalewamy kilka cienkich plasterków świeżego imbiru, dodajemy cytrynę i miód). Hindusi piją ten napój przez cały rok. 

- kakao z cynamonem, cukrem trzcinowym i mlekiem sojowym

- gorąca woda ryżowa z ostrymi przyprawami (kurkuma, czili lub innymi według gustu).

I tak sącząc rozgrzewające napoje i pogryzając suszone owoce, aby podtrzymać w sobie ducha, czekamy na kolejną wiosnę.

CDMN (ciąg dalszy może nastąpić)
Copyright: Kaxia.pl